niedziela, 24 sierpnia 2014

#1


   Kolejna pusta przecznica. I kolejna. I jeszcze następna. Sceneria jak zawsze ta sama. Nigdzie nie ma ludzi, a moje kroki podczas mojego patrolu słychać wyraźnie na całej ulicy.
   Rozglądałam się czujnie  po ciemnej okolicy gdy nagle, dosłownie kilka metrów przede mną przebiegł jakiś chłopak. Nawet mnie nie zauważył, a ja widziałam tylko jego plecy. Od tyłu nie za wiele widziałam. Miał osiemnaście, może dziewiętnaście lat. Ubrany był w standardowe wojskowe spodnie moro i czarną koszulką oraz czarne glany. Jego strój łudząco przypominał mój. Jego kasztanowo brązowe włosy były pewnie długo układane, żeby uzyskać tak misterny efekt grzywki zaczesanej do góry. Był wysoki i smukły, ale i umięśniony, chociaż nie do przesady. Dopiero po chwili zrozumiałam, że zmierza w kierunku mojej bazy. Ruszyłam za nim o drodze wyciągając nóż z kieszeni.
   Widocznie nie wiedział dokładnie gdzie jest moja siedziba, bo skręcił w zaułek zamiast iść cały czas prosto i skręcić do klatki 21 w bloku koło szkoły podstawowej numer 19 i wejść do piwnic. Tak wiem piwnice nie są zbyt higieniczne, ale moje miejsce pobytu przez te ostatnie pięć lat zostało tak wyremontowane i wyrobione, że można by je uznać za najlepsze mieszkanie w budynku.
   Chłopak staną w miejscu i zaczął się rozglądać w około. Czyli jednak zrozumiał, że pomylił drogę. Szybko i cicho wyszłam z ukrycia i podbiegłam do niego. Cały czas stał do mnie plecami. Szybkim i wytrenowanym ruchem złapałam go za nadgarstek lewej ręki, wykręciłam go i przyłożyłam do pleców jak jakaś groźna policjantka, a nie zwykła dziewczyna, która patroluje ulice podczas tego całego zamieszania, które dzieje się wokół niej. Nóż  podetknęłam mu pod gardło tępą stroną. Wydał z siebie zduszony okrzyk. Był naprawdę wystraszony. Wygiął się do tyłu, bo byłam od niego niższa. Zatoczyliśmy się do tyłu i polecieliśmy na ziemię. Runął się na mnie całym swoim ciężarem. Padłam na plecy. Nóż wypadł mi z reki i poturlał się po betonie. Zepchnęłam go z siebie, przeturlał się na plecy. Usiadłam na jego umięśnionym brzuchu. Złapałam jego obie ręce i przypięłam do ziemi. Mój długi ciemny warkocz opadł mu na twarz. Wyswobodził się z mojego uścisku, złapał mnie za ramiona, zepchnął z siebie i zrobił to samo co ja jemu (bez siadania na brzuch).
   Spojrzał mi prosto w oczy. Twarz mu złagodniała gdy to zrobił, jakby mój widok dawał mu przyjemność. W końcu zobaczyłam jego twarz. Miał śliczne brązowe oczy, kształtna szczękę, prosty nos, i wąskie usta. Uśmiechnął się. Ach te dołeczki. Był bardzo przystojny. I patrzył się na mnie tak, że aż zabrało mi dech w piersi. Rozpłynęłam się pod nim, urzeczona jego spojrzeniem. Serce zaczęło mi bić o wiele szybciej. Przestałam się szamotać. Myślałam, że to nie możliwe, ale jeszcze szybciej zabiło mi serce. Pochylił się nad e mną, przymrużył oczy i rozchylił lekko wargi. Rozluźnił uścisk, a ja próbowałam okiełznać moje serce, które dawno zagalopowało się w nieznane.
   Zrozumiałam, że zamierza mnie pocałować. Otrzeźwiałam. Wykorzystałam chwile nie uwagi chłopaka, zaczęłam powoli wyswobadzać prawą dłoń z jego uścisku. Już wolną ręką wyjęłam z kieszeni pistolet. Bez chwili namysłu przyłożyłam mu go do skroni i załadowałam. Zrobił wielkie oczy.
  - A teraz mnie posłuchaj – powiedziałam po rosyjsku. Przez kilka lat tej potwornej wojny miałam czas by nauczyć się podstaw rosyjskiego, niemieckiego, hiszpańskiego i łaciny, plus polepszyć swój angielski.    – Po pierwsze złaź ze mnie. – szybko wypełnił i stanął w bezpiecznej od e mnie odległości moje polecenie. Nie, nie polecenie, raczej rozkaz. – Po drugie – wstałam - idziesz ze mną i masz się mnie słuchać inaczej strzelę. I pamiętaj żadnych fałszywych kroków.
   Był trochę zdziwiony, że znam jego język, ale pokiwał głową i ruszył przed e mną bez szemrania.
   Ja tymczasem zastanawiałam się kim on może być, czego chcieć i dlaczego tak reagowałam na niego.

***

   Pchnęłam ciężkie żelazne drzwi do piwnicy. Nieznajomy szedł przed e mną, a ja dreptałam za nim cały czas celując mu w głowę. Zeszliśmy po schodkach i znaleźliśmy się w holu. Ruszyłam na lewo do naszego prywatnego więzienia. Minęłam kilka sypiali ludzi z mojej drużyny, i weszłam do pomieszczenia. Nie było jakoś tak przesadnie małe, ale za duże tez nie było. Prowadziły do niego dwie pary drzwi, w jednym rodu stała szafa narożna. Pod oknem stało łóżko, a naprzeciwko niego był mały zlew. Cały tamten obszar i jego niewielkie okolice zostały odgrodzone od reszty pokoju kratami jak w prawdziwym więzieniu. Koło krat stało biurko.
   Już miałam kogoś wołać żeby mi pomógł, gdy w drzwiach pojawił się ON. Ubrany w swoje ukochane ciemnogranatowe glany, czarne skórzane spodnie i czarną koszulką z białym napisem ,, Republikanie głosują na Voldemorta „. Blond włosy ostrzyżone prawie na łyso - tak jak zawsze. Twarzy nawet nie opisuje, był po prostu przystojny. Jego zawsze obojętna mina wyrażała teraz zdumienie.
  - Widzę kochana, że coś upolowałaś – powiedział z uśmiechem Krzysiek.
  - Kręcił się koło bazy -  ruszyłam szybko z wyjaśnieniami. – Zrobiłbyś z nim coś czy mamy tak sterczeć ? – jedną ręką wskazałam  na interesującego nieznajomego drugą biorąc się pod jeden bok. Wiem to było trochę chamskie, ale on wiedział, że mimo mojej poważnej miny ja żartuje.
  - Oczywiście. – odparł szybko.
   Złapał chłopaka za łokieć i dosłownie wywlekł go do celi. Zatrzasnął drzwi z krat. Podszedł do mnie i objął mnie w pasie i przyciągnął do siebie. Zaczął powoli głaskać moje plecy.
  - Stęskniłem się za tobą – Szepnął w moje włosy. Był od e mnie o prawie głowę wyższy. Wtuliłam się w jego pierś, wdychając jego znajomy zapach. Dom. Był jedną z niewielu bliskich mi osób od prawie pięciu lat. Szczerze mówiąc był najbliższą mi osobą, nie było wielu rówieśników w moim wieku, nie mówiąc już o tym, że było mało dziewczyn. Więc zamiast mieć najlepszą przyjaciółkę miałam najlepszego przyjaciela i to dłużej niż pięć nieszczęsnych lat. Kiedy byliśmy młodsi wieczorami często pomagał mi okiełznać napady płaczu, nie byłam typem Ryczka ale to wszystko mnie przerastało. Kiedy byłam już starsza i już  nie ryczałam jak bóbr, czyli po jakimś roku, nasza drużyna zaczęła ostre treningi, żeby kiedyś tak jak teraz walczyć. Ja i Krzysiek trenowaliśmy jeszcze ostrzej, dzięki czemu staliśmy się niepokonani i teraz jesteśmy przywódcami naszej grupy. Treningi pomagały mi nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Mogłam zapomnieć o wszystkim. Stałam się najlepsza, nawet lepsza od niektórych dorosłych. Wszyscy starsi podziwiali mój talent i chwalili mnie, ale ja obojętnie je przyjmowałam. Wiedziałam, że prawdziwa wojowniczka nie spoczywa na laurach. Byłam silna i jeśli chodzi o wrogów obojętna. Niestety nigdy nikogo nie złapałam, aż do dzisiaj.
  - Ja też – odparłam.
   Po chwili zrozumiałam, że nieznajomy się na nas gapi i że może sobie coś pomyśleć. Dlaczego ja nie chciałam, żeby coś sobie pomyślał ?
   Gdy zaczęłam się odsuwać Krzysiek zrobił zmieszaną minę, na chłopaka nawet nie patrzałam.
  - Hej, co jest kotku ? – zapytał. Tak, zawsze zwracał się do mnie per kotku, kochana itp. i, tak to jest normalne ( chyba ).
  - Nic – skłamałam. – Po prostu jestem zmęczona i jeszcze na dodatek jest późno.
  - Okej. Choć odprowadzę cię do pokoju.
   Objął mnie ramieniem i ruszyliśmy bez słowa w stronę mojej sypialni. Nieznajomego ani ja, ani on nie zaszczycił spojrzeniem. Po drodze spotkaliśmy Maćka, jednego z najlepszych kumpli Krzyśka. Ja tez go lubiłam, był nawet fajny i zabawny, ale jak to delikatnie ująć nie za przystojny. Krzysiek poinstruował go by zajął się przez noc chłopakiem, a jutro rano na zebraniu pomyślimy co z nim zrobimy.

......................................................................................................................................................................................

I tak prezentuje się pierwszy rozdział, mam nadzieję, że sie podoba. Następne rozdziały będę dodawać co jakieś dwa dni. :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz